You are here: Home Fornost Program Dum Vivimus
Document Actions

Dum Vivimus

by Turin last modified 2008-07-17 19:23

Ionus, jak każdego ranka, rozpoczął swój patrol po mieście. Klął pod nosem na swoją pracę (miejskiego wartownika), na komendanta, na tłumy w mieście, na smród oraz na pogodę. Od ośmiu dni nie spadła ani kropla wody, a temperatura wręcz powalała na kolana.

Wyszedł z siedziby straży miejskiej wprost na rynek. Najważniejsze miejsce całego Artanis. Był dumny, że żył tutaj, w stolicy Karetii, największego królestwa dzisiejszych czasów. Lekko się zamyślił, lecz prawie potknął się o przebiegającego kota, co przywróciło go do rzeczywistości. Po swojej prawej widział teraz dumnie wyłaniający się pałac królewski. Ogromne, zdobione wieże, aleja pełna posągów i starannie przyciętych drzew, cudownie wyrzeźbiona fasada… Za każdym razem, kiedy tędy przechodził, wpadał w zadumę. Tym razem jednak uświadomił sobie, co musi się dziać w środku. Ciągła krzątanina, przesłuchiwanie obsługi dworu, przeszukiwanie opuszczonych pomieszczeń… A wszystko to przez zaginięcie, a raczej kradzież, najcenniejszego skarbu Karetii – największego brylantu na całym świecie. Dziedziczony z ojca na syna, przebywał w linii królewskiej od niepamiętnych dziejów. Wszyscy wiedzieli, że był on nadzwyczaj dobrze chroniony i wszyscy zachodzili w głowę, jak mogło udać się go ukraść? Wiadomo tylko, że dwóch wartowników pilnujących sali, po prostu zasnęło na służbie. Ktoś musiał mieć niesamowicie dobry plan lub niesamowicie wielkie szczęście. W każdym razie brylant zaginął, a Król stara się go za wszelką cenę odnaleźć. Wyznaczył nagrodę – sumę, która wielu nie mieściła się w głowach – 2000 złotych gwinei. Teraz już nie tylko on, lecz każdy w mieście, szukał brylantu. Oczywiście wiadomo też było, że oprócz znalezienia diamentu, Król chce też złapać złodzieja.

Ionus dotarł do drugiego końca rynku, gdzie znajdowała się karczma. Stara, poczciwa karczma, w której – kiedy był młodszy – spędził wiele godzin, a nieraz nawet dni. Skręcił w jej stronę, lecz uświadomił sobie, że jest na służbie i jeszcze wolniejszym tempem ruszył dalej, na południe. Po kilku minutach doszedł do miejskiego cmentarza. Wiele nagrobków, kilka pojedynczych płyt rodzinnych… Wyróżniał się tylko grobowiec królewski, w którym od wielu pokoleń chowana była cała rodzina królewska. Pomyślał o tym, że być może liczba grobów wkrótce się powiększy. A wszystko za sprawą cesarstwa Raocar. Od ponad dziesięciolecia ten – wówczas malutki – kraj prowadzi swoje podboje. Nikt nie wie, jak udawało im się podbijać wielokrotnie większe i silniejsze od siebie państwa. Niestety Raocar rozrósł się tak bardzo, że zaczął sąsiadować z Karetią. To już dwa lata, jak trwa ten chory wyścig zbrojeń. Karetia wciąż jest o wiele silniejsza, a Raocar nigdy jeszcze nie prowadził podboju na tak wielką skalę, ale mimo to wszyscy żyją w ciągłym strachu. Lecz wiadomo, że tak długo, jak stoi stolica Artanis, tak długo będzie trwać Karetia. A Artanis nie da się zdobyć.

Z tych smutnych rozmyślań wybił go odgłos fałów uderzających o maszty okrętów. Tak, był już w porcie. Właśnie dlatego Karetia nigdy nie upadnie. Oto ich największa chwała i potęga – ogromny port. Jedno z dwóch, oprócz wąskiego wąwozu pełnego baszt, bram i innych zbrojeń, wejście do miasta. Z jednej strony Artanis było chronione przez morze, z drugiej przez wysokie góry. Mimo to, doskonale rozwijał się handel, dzięki któremu miasto rozwinęło się tak dobrze. Setki okrętów stały przy nabrzeżu jeden przy drugim. Idąc wzdłuż nich, starał się sobie przypomnieć, co wie o konkretnych. „Orzeł Morski” – statek grupy najemników. Ich sława sięga daleko – nie było takiej wojny, którą przegrałoby państwo, wynajmujące tą załogę. Pewnie znowu przypłynęli, by poszukać zlecenia. „Złota waga” – to zaś handlarze. Warto by było przejść się jutro rankiem do portu, aby zobaczyć, jakie tym razem egzotyczne przedmioty przywieźli. W tym momencie w nozdrza uderzył go smród – inny od smrodu ryb, lecz wciąż znany i często spotykany. Spojrzał do rowu, gdzie leżały trzy zdechłe szczury. Zakała tego miasta. Król powinien wreszcie coś z tym zrobić. Ludzie przez cały czas wyrzucali przez okna nieczystości, a w nich zaczynały się gnieździć szczury. O jego nogi otarł się kot – ich także było tu wiele. Ruszył dalej szybszym tempem, zatykając jednocześnie nos. Następnej nazwy nie udało mu się odszyfrować, lecz wiedział, że jest to okręt przybyszów z dalekiego wschodu. Splunął w ich stronę. Tydzień przed zaginięciem brylantu przypłynęli tutaj i od razu udali się z audiencją do Króla. Szybko rozeszła się plotka, że chcieli odkupić brylant, lecz Król ich wyśmiał. Podobno wychodząc z pałacu, porządnie upokorzeni, zapowiadali w złości, że na tym się nie skończy. I stało się, dwa dni temu, 14 sierpnia, brylant zaginął. Król wpadł najpierw w rozpacz, później w szał, a teraz utrzymuje się stan ciągłego gniewu. Niestety wciąż nie ma dowodu na to, że to ci przybysze ukradli brylant. Dostali bezwzględny zakaz opuszczania miasta i pewnie przez cały czas są śledzeni. Następny wyróżniający się okręt, to „Czarny”. Łajba w bardzo złym stanie. Przypłynęła tu kilka dni temu. Na pokładzie zobaczył jedną sylwetkę przenoszącą jakieś skrzynie, a po chwili schodzącą na ląd. Ruszył spowrotem w stronę rynku. Obchód został skończony. Szedł spokojnie – jak zwykle obchód dobiegł końca, a on sam nie musiał ani razu interweniować. Wbrew pozorom, to miasto było całkiem spokojnie. Nagle zauważył coś przed sobą. Stanął jak wryty. Przez minutę stał tak, patrząc tępym wzrokiem i zastanawiając się, jak mogło do tego dojść. Nawet nie zauważył, kiedy ruszył wyczerpującym biegiem w stronę rynku, wznosząc alarm…